Death makes angels of us all ... gives us wings ...
Wokół cisza, moje ciche, ostrożnie stawiane kroki przedzierają się przez otaczającą mgłę. Unosząca się w powietrzu wilgoć i zapach nieustannie upływającego czasu wdziera się do oczekujących tlenu płuc. Oddycham spokojnie posuwając się naprzód przez zmurszały wybrukowany chodnik, pokryty miejscami mchem. Wszechobecna noc jest obok mnie, otacza niby czarny płaszcz, chroni i obejmuje - Ona mi siostrą i opiekunką.
Na niebie dziś nie ma gwiazd, gubię się już - mam wrażenie, że nie wiem gdzie jestem. Postanawiam zejść z obranego traktu. Nagle mgła przeżedza się, a oczom mym ukazuje się pole kurhanów - stare cmentarzysko. Stoję przez jakąś chwilę ogarniając wzrokiem tą monumentalną nekropolię.
W miejscu tym niegdyś było tyle życia, na tej ziemi natura rodziła owoce, ludzie zamieszkiwali ten teraz opuszczony teren. Dzieci przychodziły na świat a każdy zakątek wypełniał ich śmiech. Coś działo się.
Teraz nieustanna cisza, rozsypujące się mogiły spoglądają na mnie zmęczonym wzrokiem. Trwam z pustką sam na sam w zadumie nad losem tych co tu spoczywają. Podchodzę bliżej, odgarniam liście z kamiennego nagrobka chcąc dowiedzieć się kogo ziemska historia właśnie tutaj się skończyła. Ukazuje mi się nazwisko i imię znanego mi pisarza. Podchodzę do następnego grobu ... Następne znane mi nazwiska, wszędzie artyści, pisarze, poeci ...

Nagły świst powietrza, przerywa ciszę ... Mam wrażenie że to otaczający mnie wiekowy cmentarz wybudził się z odrętwienia wyczuwając moją obecność. Wiatr wieje coraz mocniej a ja o dziwo z jego mowy wyłapuję słowa. Słyszę jakieś wołanie. Nie zastanawiając się dłużej, kieruję się za krzykiem. Przedzieram się przez zachłanne rośliny, zrodzone z opuszczonych, obumarłych ciał, powłok duszy.
Im trudniejsza droga tym głos wyraźnie mnie wzywający potęguje swą siłę. Wyschnięte liście oderwane od życiodajnych soków drzew, pękają jak cienki lód wydając ostatnie ciche trzaski - nigdy nie przyjdzie im już powiewać na wietrze w promieniach słońca. W końcu dochodzę do wielkiej krypty umieszczonej - jak mi się wydaje - w samym sercu tej zapomnianej nekropolii. Podchodzę do krat blokujących wejście ... i jak na umówiony sygnał zrywają się do lotu setki kruków. Dziwne że takie miejsca przyciągają te czarne istoty, tak jakby chciały wyrwać jeszcze resztki z tych spróchniałych, ukrytych pod ziemią kości.
Czekam jeszcze chwilę w milczeniu, przy okazji zauważając że ucichł utrudniający mą wędrówkę wiatr. Słyszę znów głos - tym razem jest to cichy szept. Dobiega z wnętrza krypty. Usuwam więc ostre ciernie blokujące wejście. Poraniona nimi krata krwawiąca czerwoną rdzą jakby w podzięce za moją pomoc, otwiera się lekko niczym świeżo naoliwiona. Wchodzę w ciemność krętymi, skierowanymi w dół schodami. Potykam się co chwila, stąpając w bezkresnej nicości po wyszczerbionych przez czas schodach. Na twarzy i rękach czuję oblepiające mnie pajęczyny - lecz i one są bez właściciela, nie spotykam na swej drodze żadnej żywej istoty. Trzymam się wilgotnej ściany aby nie spaść w tą czarną otchłań. Zaduch jest nie do wytrzymania, lecz posuwam się dalej w głąb, niczym zaklęty, schodzę wciąż w dół.
Po jakimś czasie, oczom mym przywykłym już do cienia, ukazuje się jakaś jasna przestrzeń. Nie zważając już na śliskie pokruszone stare schody, przyśpieszam kroku. Wchodzę po chwili, która dla mnie trwała niemal wiek, do małej sali. Na jej środku zauważam przykryty kurzem niczym ciepłym pledem, sarkofag. Szept pojawia się znów ...
Podchodzę bliżej dziwnie spokojny ... Z niemałym trudem przesuwam kamienną płytę okrywającą to zimne łoże. Zaglądam do środka, który niczym nieprzenikniona głębia nocy nie pozwala wydrzeć swej tajemnicy oczom intruza ...
Kolejny raz pojawia się znikąd ten głos - teraz już wyraźny głos kobiety - oznajmiając: "Uwolniłeś Poezję, zamkniętą tutaj aby zginęła w niepamięci ludzi ... Nieś Jej radość życia! Nieś Jej smutki! Od dziś Ona jest z Tobą!"

Nagle wielkie zmęczenie, jak piorun uderzający drzewo rozdziera moje wnętrzności, czuję jakby wieki tego umarłego miejsca dodały się do mojego ... Sen wieczny spływa na umęczone czasem ciało ...

(...)

Ciepło usuwa zimny chłód, wypełniając każdą życiodajną komórkę organizmu ... Przyjemny zapach i orzeźwiający powiew czystego powietrza ożywiają mój organizm, sprawiając mi niewątpliwą ulgę - oddycham swobodnie ... Otwieram oczy - jakby nigdy nie używane - mam dziwne uczucie jakbym robił to pierwszy raz ... Widzę słońce otaczające mnie swoimi promieniami, zdaję sobie sprawę, że leżę pośród cudownie zielonej i upiększonej kwiatami polany. Tęczowe motyle i kolorowe ptaki przelatują nad moją głową. Na tle niebieskiego nieba nie widzę ani jednej czarnej chmury ...
Nastał nowy dzień ...

Słyszę znajomy głos, który mówi: "ŻYJ!"




made by Jaszczur
Masz ochotę się wpisać?? - kliknij

Wszelkie materiały znajdujące się na stronie są własnością autora.

Inna twórczość ^^